Co Kejt zapamiętała ze Spitsbergenu?

Tam jest strasznie daleko. I nie chodzi o te 3 czy 4 tysiące kilometrów. Ani o to, że po drodze morze. Tylko strasznie daleko do domu – jakiegoś znajomego przytulnego miejsca, gdzie nie wieje, skąd można na własnych łapkach doczłapać do PKS Jędrzejów czy Ostrołęka… I jak jest tak mokro i zimno to nawet sprowokowane sms-y dodają otuchy. I robi się cieplej na sercu i w śpiworku… Albo gorąca czekolada w restauracji – nareszcie można zdjąć z siebie kilka warstw ubrań, usiąść na miękkiej kanapie, w tle Johnny Cash… i każdy marzy żeby zapaść w zimowy sen… Z czasem Svalbard daje się oswoić. Przyjemniej zaczyna być we własnej dolince niż na „Krupówkach” Longyearbyen. Z każdym porankiem z mniejszym obrzydzeniem wypełza się z namiotu.

Ciągłe zmiany pogody. Mówi się, że „to tam normalne”. To, że kładliśmy się spać w słońcu a budziliśmy w chmurze – kwestia przyzwyczajenia. Wiatr rozpłaszczający namiot – następnym razem trzeba lepiej naciągnąć tropik. Ale obudzić się z gorąca o drugiej w nocy, bo słońce nie daje spać nawet w samej koszulce – bezcenne.

Ciągle coś szumi. Nawet daleko od szosy. Na każdym kroku towarzyszy szum wiernej rzeki. Albo dwóch.
„Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…”- przechodzenie przez rzekę. Kilka stopni trudności: hoc, hoc z kamyka na kamyk, następny: woda po kostki, po kaloszki, w kaloszkach…, potem kaloszki w rękę, spodnie po pachę i na macanta… Panowie w promocji dostają karabin lub plecak Kejt, czasem całą Kejt… Zabawa i koncentracja była na tyle dobra, że prawie nie było czuć zimna. Dopiero po chwili, gdy ktoś się zagapił albo śmiał z umoczonego towarzysza, ból stóp przypominał, że upał zelżał…

Kult instant. Codzienne rozmowy „co bym zjadł”. W czołówce: szarlotka i mięęęso… Potem różne wariacje: kurczak curry, karkówka, camembert z żurawinami i dziwne wymysły w stylu ruskich z miętą… Narzekali, narzekali, ale posiłek i tak był wielką przyjemnością.
Wieczorne imprezy - wszyscy w jednym namiocie, 6 gatunków herbat do wyboru, a na pokrywkach menażek frykasy: figi, sezamki, plasterki batonów i kabanosów, nadziewane węgorze…mniam. I chleb, oczywiście rwany - nieco tekturowy, z delikatną nutką trocin… Potem mistrzostwa 10 koron: tuńczyk, makrela, czekolada, herbata, paluszki… No i nagłe Boże Narodzenie w namiocie, kiedy siedzieliśmy w grubych kurtkach i czapkach a Irosław oprawiał pachnącą skórkę pomarańczy…
Warkot kubowej maszynki z rana.


Renifery- „przystanek Alaska”. Szlajają się po mieście, ciągle wyglądając na zaspane. W dolinach – trochę bardziej żwawe, bo z kumplami. Póki nie zaczynasz gnać za nimi z kamerą, stanowisz tylko ciekawostkę dla maluchów. Przydatne jako skala. Źródło niezliczonych ilości zrzuconego poroża – przedmiot zabaw i gier podróżujących… Ciekawe: ani jednego znaku drogowego, uprzedzającego o ewentualnych rogatych samobójcach.


Zamiast nich: znaki „uwaga miś”. Nikt go nie widział (poza wypchaną sztuką na lotnisku), a jest głównym bohaterem. Dzięki niemu mieliśmy jednak niezłą zabawę z bronią - każda okazja, żeby postrzelać jest dobra. Nie wspominając już o lansowaniu się w pobliżu statków wycieczkowych –fotografie z traperem Sebolem, z bronią na ramieniu siedzącym pod sklepem, dotrą do najdalszych zakątków globu…
Łebek odpływającej foki wystający z morza.


Zawsze chciałam pojechać w miejsce, gdzie na wybrzeżu stoją drewniane rude domki z białymi, dzielonymi oknami. Morze szaro-niebieskie, czasem przepływa łódka. Nad tym niebo z pędzącymi cumulusami i niezgrabnymi ptaszyskami z żółtym dziobem. Pojechałam.


Lodowiec. Jakie to wielkie!

Naokoło spokojnie, rzeczki grzecznie spływają z topniejącego śnieżku na grzbiecikach. A tu wielki ozór. I bałagan. Głazy wielkości człowieka, a co najmniej mojej…

Błoooto…tzn. glina. Jak ja - lubi się czepiać. Szczególnie podeszwy. Zmarszczki, szczeliny z wysychania i inne sprzęty.


Opuszczone radzieckie osady. Colesbukta z zardzewiałymi zbiornikami na paliwo i napisami „nie kuric”.

Pomiędzy zielonym mchem i błękitnym niebem rozrzucone brązowe i pomarańczowe od rdzy beczki, rury i kiedyś-niezbędne części. Magazyn rdzeni wiertniczych pełen starannie poopisywanych drewnianych skrzynek. Budynki, co do których miałam wątpliwości, czy na pewno nikt w nich nie mieszka. I Ostatni Dom. Taki z gankiem. Przed nim kanapa, na której ktoś, „dla żartu” ,w miejscach gdzie zwykle opiera się głowę, zrobił plamy czerwoną farbą. Psia buda i miska. Pusta. W przedpokoju jakieś garnki, piecyk i zapleśniały razowiec. Po obu stronach korytarza niewielkie pokoje, na łóżkach pasiaste, wygniecione materace, na wieszakach: niedbale zarzucone kurtki. /Sebol gdzieś zniknął. W końcu korytarza coś skrzypi. Kejt nie jest strachliwa, ale nie lubi opuszczonych radzieckich domostw zwiedzać w samotności…,więc sobie wyszła… Skrzypienie przeszło w głosy Kuby i Irosława, którzy weszli drugimi drzwiami/. W kolejnych pomieszczeniach: na stole talerz z niedojedzonym obiadem, butelki po vodce, na łóżku kajet z ołówkowymi notatkami, fiolki z lekarstwami, gazety. I otwarta biblioteczka – nie wiedzieć czemu chyba każdy z nas, mozolnie składając bukwy, spodziewał się znaleźć znajomą książkę…śmieszny odruch… Dziwne wrażenia – miejsce, w pobliżu którego człowiek nie ma ochoty zostać na noc.


Druga osada wydawała się z początku mniej „nawiedzona”. Doszliśmy do Gromanbyen koło południa. Nad brzegiem morza stoją przytuleni sierp i młot. Będzie ze dwa metry wysokości… Kilka zrujnowanych drewnianych budynków. Na pierwszym planie coś nie tak…- jeden z cegły, murowany. Hotel, biuro, mieszkanie zarządcy kopalni? Dzisiaj rządzą w nim ptaki. Trochę jak u Hitchcocka. Siedzą dumnie na gzymsach i kutych barierkach balkonów, co chwilę kilka z nich wzbija się w powietrze, wzbudzając niepokój przechodzących poniżej… Weszliśmy do środka. Brak stopni nie przeszkodził nam w gramoleniu się po „schodach” na piętro. Ptaki nieźle dogadały się z tundrą - w zamian za nawóz i nowe nasionka nie muszą się gnieździć na gołych dechach... Nie wszystkie komnaty ptasiego zamczyska są zrujnowane. Kilka pomieszczeń ma tylko trochę obdrapaną lamperię i zakurzoną podłogę. I znów widok trochę „nieswój” – żelazne łóżko. Za krótkie na dorosłego człowieka. Dziecinne. Na ścianie w drugim pokoju namalowane muchomorki, kwiatki, gąski… brakuje wilka i zająca, ale to chyba nie te czasy… Smutno.


Kilka kilometrów torów wzdłuż wybrzeża, przykryte drewnianym tunelem. Jak wtedy, gdy się miało 6 lat – trzeba trafiać w kolejne drewniane podkłady. Spróchniałe deski, wpełzająca powoli tundra, spłoszone widokiem ludzi ptaki, a na środku: dyndająca beztrosko na kablu żarówka. Cała.


„Łapanie stopa” – Norwedzy są przemili. To, ze ktoś ma jedno miejsce wolne nie oznacza, że nie zabierze pięciu osób. Aha: dobrze, że w szkole uczyli chodzić parami – tak łatwiej.


Liście. Skamieniałości, a zadziwiają świeżością…i masą…
katalog = skamieniałosci roślinne

Do wyboru, do koloru. Spitsbergen w skali szarości (szczególnie diabelska morena, na której zawsze pada deszcz). W barwach brazylijskich: wściekło niebiesko-żółto-zielony. Zdjęcie z kalendarza: na pokrytymi śniegiem górami - błękitne niebo, dopasowane do niebieskich wstążeczek strumyków wśród zielonej trawki. Sepia: złote góry, brązowe łachy piasku i rude porosty; tu można dodać wyleniałego renifera. Trzy kolory: niebieski - wszystkie odcienie w warstwach spękanego lodowca. Zwietrzałe łupki pod bezchmurnym niebem - księżycowy krajobraz psują tylko stada fioletowych dzwoneczków niewinnie porastających „czarne wydmy”. Toksycznie jaskrawe porosty.



Co Kejt jeszcze zapamiętała?:
Latanie.

Nocne światło nad wodospadem.
Machanie Królikowi.
Zdjęcia w kalesonkach.

Mina Kuby spoglądającego na zdjęcie.

Ławka pod sklepem.
Muzeum i biblioteka.
Droga.

Ile czasu im zajęło, żeby zaczęli śmiać się z Kejt? – pół godziny
żubły, bobły
pociągający smarkacze i postrzelone bobasy
Kejt z krwi i kości za dwie suszone morele…
Płytko jest, można by spławić Kejt…
Przywiążmy ją drutem do skrzydła!
Za oknem noc…

Wieczorne rozmowy o Wszystkim i o Niczym.
Wieczorna cisza, która nie jest niezręczna.
„Droga jest celem” a buty są przemoczone. Plecak jest ciężki. Kamienie są twarde i ruchliwe. Mech jest miękki i mokry. Bagno lubi czasem wciągnąć kaloszka, a rzeka chapnąć kogoś głębiej niż planował. Odciski są zaraźliwe (jak ziewanie). Nigdy nie wiadomo, jak daleko ciągnie się „już ostatni” winkiel. Zakładając, że w namiocie mieszkają cztery osoby, od jednej do czterech osób będzie spało siedząc na kamieniu. Horyzont w okolicach morza zawsze jest przechylony, zwłaszcza w lewo. Spanie głową w dół jest możliwe. Woda ze strumyka Jest. Przestrzeń nieograniczona. Idziesz z Kimś. Rozmyślasz Sobie. „Droga jest celem”.

Dinozaury | Park Dinozaurów | Dinozaury